Jubileusz, na który czekamy – wspomnień ciąg dalszy

————

Wspomina Ewa Wycichowska (primabalerina):

„Uroczej Śnieżce – 32 kochające serduszka z klasy IVc Szkoły nr 14 w Piotrkowie Trybunalskim, 4 IV 1973 r.”

Taki napis został umieszczony na złoconym pucharze z piotrkowskiej Huty Szkła Hortensja. Dostałam go od bardzo młodych wielbicieli, którzy pokochali Śnieżkę i mnie, trochę przy okazji. Jako obdarowana ongiś Królewna postanowiłam ten prezent przekazać „mojemu” Teatrowi Wielkiemu w 50. rocznicę prapremiery legendarnego spektaklu, jakim była i pozostała taneczna opowieść dla wielopokoleniowej publiczności. Kiedy choreograf i kierownik baletu Witold Borkowski obsadził mnie w roli Śnieżki nie przypuszczałam oczywiście, że będę ją tańczyła kilkanaście lat, w licznych wznowieniach i z kolejnymi partnerami. Pierwszym Księciem, z którym przygotowywaliśmy się do spektaklu pod okiem prof. Aleksandra Sobola, był Bogdan Jankowski. Wkrótce po premierze, na II Łódzkich Spotkaniach Baletowych tańczyłam już z Eugeniuszem Jakubiakiem a w następnych latach z Kazimierzem Wrzoskiem, Wacławem Niedźwiedziem, Jerzym Piętką, Krzysztofem Pastorem.

Już podczas prób (w drugiej obsadzie za primabalerinę Iwonę Wakowską) czułam, że zadania wyznaczone przez choreografa i reżysera zarazem, są mi bliskie, stwarzają możliwość wyrażenia emocji i perspektywę rozwoju technicznego. Kiedy debiutowałam w tej roli byłam bardzo młodą tancerką, z niespełna dwuletnim stażem zawodowym, to było dla mnie nie tylko wyróżnienie ale i wielka szansa pracy ze wspaniałymi tancerzami. Borkowski zbudował Śnieżkę, fabularną przecież opowieść, bardzo wartko, bez nachalnej dydaktyki i uproszczeń. Od początku stawiał na wybitne osobistości, wymagając od nas nie tylko perfekcji tanecznej ale i aktorskiej, w każdym punkcie sceny. Nigdy nie zapomnę rewelacyjnych krasnoludków (zwłaszcza Gburów – Leandra Jasińska) i innych postaci w tym zwierzątek. To były sceniczne perełki tak jak Wiewiórka (Dorota Puzanowska). Szesnaście lat po premierze Zajączka tańczyła moją córeczka, to było dopiero przeżycie. Kiedy tańczyłam swoją pierwszą Śnieżkę nawet nie znałam jeszcze jej Ojca. Tańczyliśmy dla dzieci, które potem przyprowadzały swoje dzieci. Do dziś, w różnych zakamarkach świata spotykam osoby, które mówią, że były na Śnieżce. Kiedyś po spektaklu w Guadalajarze, gdzie z kierowanym wówczas przeze mnie Polskim Teatrem Tańca pokazywaliśmy mój spektakl „Tango z Lady M.” , na spotkaniu z widzami podeszła do mnie starsza pani z programem z „Królewny Śnieżki” i zdjęciem z moim autografem, która z rozrzewnieniem wspominała, że wzięłam ją na ręce przy finałowym pochodzie wśród widowni. 

Tańczyłam ten spektakl z wielkim oddaniem, kiedyś nawet z wysoką gorączką. W moim archiwum zachowało się pismo z 1974 r. od dyr. Madeya: ” W imieniu kierownictwa Teatru Wielkiego serdecznie Pani dziękuję za udział we wczorajszym przedstawieniu ” Królewny Śnieżki” , mimo choroby i wysokiej temperatury, dzięki czemu nie sprawiliśmy zawodu naszej najmilszej, dziecięcej publiczności.”  Po „Śnieżce” widzowie przychodzili na inne spektakle baletowe. Zawsze wiedziałam, że jest grupa byłych adoratorów Królewny bo jak pojawiałam się na scenie nawet w „Giselle” słyszałam: „o!, Śnieżka, Śnieżka”. Tak, widzowie tego spektaklu to największy skarb dla teatru, zespołu baletowego i każdego z wykonawców. Czułam się kochana jako Śnieżka, dostawałam listy, rysunki, prezenty osobiście wykonane, nawet oferty małżeństwa, no i te dramatyczne krzyki z widowni: „Śnieżko nie jedz tego zachorowanego jabłka”! Każdej tancerce Teatru Wielkiego w Łodzi życzę spełnienia  marzeń tanecznych w tej roli. ,

Dziękuję profesorze Borkowski.

Ewa Wycichowska  (etatowa Królewna Śnieżka w latach 1970-1987)

 

Wspomina Bogdan Jankowski:

„O! Wujek!” Takie słowa przywitały mnie z widowni, kiedy po raz pierwszy pojawiłem się na scenie jako Królewicz w „Królewnie Śnieżce”. To była reakcja dzieci mojej siostry. Bardzo sympatyczne, choć zaskakujące i trochę onieśmielające. Dzisiaj to one mają wnuczki i Królewiczów już innych mogą się spodziewać…

Choć minęło tyle lat trudno nie pamiętać – tak dużej i odpowiedzialnej roli – na deskach Teatru Wielkiego. Wprawdzie już Feliks Parnell, pod okiem którego miałem przyjemność pracować jeszcze w Operze Łódzkiej, doskonale nas przygotował do zawodu, to spotkanie z profesorem Borkowskim niosło ze sobą nowe emocje, inne doświadczenia ale podobne oczekiwania artystyczne; obaj stawiali na technikę wymagając jednocześnie dobrej interpretacji aktorskiej. Jak mawiał: samo kręcenie piruetów jest tylko popisem technicznym, a gdzie „teatr”? Staraliśmy się więc „robić” ów teatr najlepiej jak potrafiliśmy i chyba nawet z niezłym skutkiem, bo profesor – choć dość powściągliwie – nie ukrywał zadowolenia. Zresztą gdy było coś nie tak, to ratuj się kto może… Taki był – profesjonalista i tego samego wymagał od wszystkich twórców spektaklu, bez wyjątku.

„Śnieżka” nie mogła się nie podobać… Reakcja widowni tego dowodziła: dzieci szalały, oklaskom nie było końca, a słynny marsz Krasnoludków musiał być bisowany na prawie każdym spektaklu. A to największa radość i satysfakcja dla artysty, bo reakcja szczera i spontaniczna. I teraz, choć od premiery minęło już pół wieku, jak bumerang wracają wspomnienia, tamte wspaniałe chwile, atmosfera i niepowtarzalna aura teatralnego tworzenia…

I nie ma co ukrywać – pod powieką robi się trochę wilgotno. Ale warto było!

Bogdan Jankowski

na zdjęciu: Ewa Wycichowska, Krzysztof Pastor, fot. Chwalisław Zieliński